CENTRUM MECZOWE 6 maja, 2018 13:00

Kozły
Poznań
13
0 I 3
6 II 7
7 III 0
0 IV 7
- OT -
17
Husaria
Szczecin
rozwiń ͮ
 

Z piekła do nieba, z nieba do piekła

Autor: Jakub Kaczmarek Opublikowano dnia: 7 maja 2018 | Komentarze: 0

Spotkanie w Poznaniu rozpoczęło rundę rewanżową w Grupie Północnej Topligi. W pierwszym meczu, w Szczecinie, lepsi okazali się zawodnicy ze stolicy Wielkopolski (20:13), odrabiając straty w ostatniej kwarcie. O wyniku zadecydowały indywidualne błędy Husarzy oraz trzy dyskwalifikacje, m.in. Jerzego Wieczorka, lidera formacji obronnej. Pomimo przegranej udowodnili sobie, że dysponują wystarczającymi umiejętnościami i argumentami, aby jeszcze powalczyć w tym sezonie o najwyższe cele, a przeszkodą są jedynie oni sami.

Na rewanżowe starcie z Kozłami przyjechali bez ośmiu zawodników w tym, m.in. Kamila Klebieko, Oskara Skorzybóta czy Macieja Felbura. Szczególnie niespodziewana była absencja tego pierwszego, bowiem dodatkowy brak Piotra Kaczmarczyka oznaczał, że jedynym rozgrywającym w składzie jest… Tomasz Martynow. 21-latek, który swoją karierę rozpoczął w barwach Stali Gorzów Wlkp. i kontynuuje ją już piąty sezon. Młody, perspektywiczny z dużymi umiejętnościami, ale w debiutach nigdy nie imponował. Teraz, nie dość, że wyszedł w pierwszej jedenastce, to z dużą presją na swoich barkach – Husaria potrzebowała wygranej jak płetwonurek powietrza.

Goście zaskoczyli już w swojej pierwszej serii w ataku, kiedy to podania Martynowa zostały złapane przez wszystkich skrzydłowych, tj. Patryka Brączkowskiego, Marka Demskiego, Mateusza Knopa oraz tight enda Mateusza Dubickiego. Dzięki nim doszli aż do 10 jarda przed polem punktowym, lecz tam zostali zatrzymani po nieudanych biegach Noah Whittle – które, notabene, były świetnie czytane przez poznaniaków, dzięki czemu amerykański biegacz nie stanowił głównej siły akcji ofensywnych – oraz niezłapanych podaniach. Przed szansą stanął więc kopacz, Maciej Adamiak, lecz jego próba została zablokowana po złej asekuracji ze strony linii ofensywnej. Jak się później okazało, świetne otwarcie nie było dziełem przypadku.

Formacja obronna również stanęła na wysokości zadania, jak w większości przypadków w tym sezonie. Maciej Jaroszewski z Norbertem Szczęsnym na czele sukcesywnie liderowali imponującemu korpusowi linebackerów, przy równie skutecznym wsparciu linii defensywnej. Gospodarze z racji kontuzji Antoniego Idziaka oraz Emilio Dangote, który w tym sezonie na boisku już się nie pojawi, częściej sięgali po zagrywki podaniowe niż biegowe, których egzekutorem przez cały okres trwania meczu był Bartosz Woch. W pierwszej kwarcie ciężko było im złapać regularność, kilka ważnych piłek zostało upuszczonych przez Wojciecha Szymańskiego, Marcina Mierzejewskiego czy Mateusza Patalasa, przez co byli zmuszani do odkopywania posiadania. Natomiast goście nadal skutecznie przesuwali się po boisku, choć już nie tak daleko. Będąc na ok. 40 jardzie przy czwartej próbie zdecydowali się na kopnięcie z pola. Decyzja, choć zaskakująca, nie była aż tak bojaźliwa – Adamiak już nie raz w swojej karierze udowadniał, że potrafi celnie kopać z dużych odległości. Tego dnia również się nie pomylił, pobijając swój osobisty rekord z 47 jardów.

W drugiej kwarcie atak gospodarzy zaczął funkcjonować zdecydowanie lepiej. Szczególnie wyróżniał się duet Patryk Barczak – Wojciech Perz, gdzie niemal każde podanie do 19-latka kończyło się zdobyczą jardową, a nawet pierwszą próbą. Biegi Wocha, choć krótkie – bo liczące sobie maksymalnie 6 jardów – pozwalały na dekoncentrację drugiej i trzeciej linii obrony. Dodatkowo, sporadyczne akcje biegowe skrzydłowego Mateusza Patalasa wzdłuż linii wznowienia akcji również rozciągały obronę. Wynikiem tego było pierwsze przyłożenie w meczu, po akcji podaniowej do Perza. Bliźniaczo podobna do tej, która dała zwycięstwo w Szczecinie uradowało również kibiców zebranych na poznańskim Golęcinie po objęciu prowadzenia. Radość jednak nie trwała długo, bowiem Husarze nie zamierzali zwalniać tempa. Linia ofensywna przyjezdnych spisywała się znakomicie przez wszystkie cztery kwarty, dzięki czemu Martynow miał dużo czasu na przeanalizowanie sytuacji w kryciu. Jego spokój, wyrachowanie i dokładność wręcz imponowały, ale co najważniejsze przesuwały znacznik. Będąc na 10 jardzie odnalazł Mateusza Knopa w polu przyłożeń, który całkowicie nieupilnowany w bocznej strefie boiska pewnie złapał piłkę i odzyskał prowadzenie dla swojego zespołu.

Jeszcze przed przerwą wydawało się, że Wielkopolanie staną przed wyśmienitą okazją do, chociażby, zmniejszenia przewagi, po tym gdy podanie rozgrywającego przechwycił Szymon Barczak (kolejny dobry mecz reprezentanta Polski, pomimo problemów z pachwiną) i pobiegł z nią na 30 jard, ale tuż po akcji sędzia główny zakończył pierwszą połowę.

Pomimo porażki cel jest nadal taki sam - mistrzostwo. Zawodnicy wiedzą, że muszą ciężej pracować by sezon skończył się tak jak byśmy tego chcieli. Przegrana pokazała nam nad czym musimy pracować i jakie elementy doszkolić. Mamy jeszcze sporo spotkań do rozegrania w których pokażemy, że idziemy w dobrym kierunku i zasługujemy, aby po ostatnim meczu sezonu otrzymać trofeum.
Filip Kłoskowski, koordynator ofensywy Kozłów Poznań

Trzecią kwartę lepiej rozpoczęli gospodarze. Damian Łuc wraz ze swoimi koordynatorami, Jakubem oraz Filipem Kłoskowskimi, po raz kolejny udowodnili, że potrafią świetnie przekształcić plan meczowy w szatni. Posiadania Husarii nie były już tak pewne i regularne, jak miało to miejsce wcześniej, przez co wielu mogło się zastanawiać czy nie będzie czasem powtórki z pierwszej rywalizacji. Barczak konsekwentnie i z pewnością weterana rozdysponowywał kolejne piłki, m.in. do niezastąpionego Wojciecha Perza. To pozwoliło przesunąć się im do trzeciego jarda przed końcową linią, by wkrótce 29-letni rozgrywający wywiódł w pole całą obronę Husarii markując oddanie piłki do swojego biegacza, a ostatecznie sam biegnąc po kolejne sześć punktów.

Wynik 13:10 o niczym nie przesądzał, ale dodał poznaniakom większej pewności siebie i regularności. Goście powoli tracili na dynamice, choć nadal podania Martynowa padały łupem jego skrzydłowych, a nawet biegacza Whittle’a, który zaczął być wykorzystywany na krótkich ścieżkach z racji mało efektywnych biegów. Mimo wszystko, obronie Kozłów udawało się trzymać rywala na dystans, a szczecinianie tylko raz zdecydowali się na próbę kopnięcia z pola – niestety, bezskutecznie.

Przez pozostały okres trwania trzeciej i czwartej kwarty żadnej z ekip nie udawało się poważniej zagrozić przeciwnikowi. Wojciech Szymański również przestrzelił jeden field-goal, a skrzydłowi w postaci Mateusza Patalasa czy Marcina Mierzejewskiego upuszczali kluczowe piłki. W końcowej fazie spotkania w szeregach obrony Kozłów zaczęły pojawiać się niewymuszone błędy i kary (podobnie jak w pierwszej połowie w Szczecinie). Tak jak jeszcze w pierwszej połowie stronili od podobnych sytuacji (mając na koncie tylko cztery żółte flagi), tak w drugiej dobili do ponad dziesięciu. Blisko 40 darmowych jardów w końcowych minutach, aż prosiły się o wykorzystanie i zdobycie bezcennego przyłożenia. Wtem, będąc na około 15 jardzie Martynow w niewyjaśnionych przyczyn postanowił rzucić w stronę Mateusza Knopa, który był pod potrójnym kryciem. Ostatecznie piłka trafiła w ręce Damiana Łuca, który – jak przystało na grającego trenera – zachował zimną głowę do końca i wyjaśnił sytuację. Cała ławka wystrzeliła w powietrze już ciesząc się z wygranej, bowiem - pomimo ustawionej futbolówki na 1,5 jarda przed polem punktowym - wystarczyło trzykrotnie przyklęknąć spalając czas, by móc oficjalnie dopisać sobie dwa punkty.

Poznanianie długo przymierzali się do wykonania zadania, z dbałością szukając miejsca na tak małej przestrzeni, żeby tylko rozgrywający nie nadepnął na końcową linię (oznaczałoby to stratę dwóch punktów). Za pierwszym razem obyło się bez problemów, a przy okazji udało się spalić ostatni timeout gości, który wzięli by jeszcze zatrzymać zegar. Za drugim… wszystkich wprawiło w osłupienie pomieszane z irytacją. Barczak musiał oddalić piłkę od strefy końcowej, więc postanowił zanurkować za plecami swojego centra, lecz nie mógł upaść na murawę, co wykorzystał Michał Szczurowski wybijając mu piłkę z rąk, którą od razu przykryli Husarze. Rozgrywający Kozłów nie mógł pogodzić się z zaistniałą sytuacją, na boisko weszli również trenerzy, ale sędziowie nie poddali swojej decyzji – piłka na rzecz gości. Mocny bieg przez środek Noah Whittle wykorzystał nadaną szansę, dzięki czemu goście zdobyli sześć punktów, udanie podwyższyli po kopnięciu i na 40 sekund przed końcem odzyskali prowadzenie. Cud? Tak można było to nazwać, choć dla niektórych nadal pozostanie kontrowersją.

Jeśli ktoś myślał, że to zakończy emocje i wyszedł ze stadionu, to musiał tego później żałować. Choć gospodarze dostali piłkę na 25 jardzie swojej połowy, to świetnie rozplanowane akcje braci Kłoskowskich oraz niezawodny duet Barczak – Perz wlali jeszcze odrobinę nadziei w serca swoich sympatyków. Kilka udanych podań na +10 jardów – po których skrzydłowi od razu wychodzili poza linię boczną – jeden bieg Bartosza Wocha i rozgrywającego pozwolił znaleźć się im na 10 jardów przed końcową linią. W ostatniej akcji piłka została skierowana do Marcina Mierzejewskiego ustawionego w polu punktowym, pomimo podwójnego krycia, ale ta jedynie odbiła się od jego ręki, a tym samym, raz na zawsze, pozbawiło wygranej gospodarzy.

Bez wątpienia był to jeden z najlepszych meczów – jak nie najlepszy – tego sezonu. O wyniku końcowym zdecydowały detale w postaci niezłapanych piłek, niepotrzebnych kar czy niecelnych kopnięć. Kto wie, jak zakończyłby się ten mecz, gdyby tylko poznanianie zdecydowali się jednak przyjąć safety w swojej ostatniej serii. Zmęczona Husaria mogłaby mieć problemy, aby odrobić stratę. To już jest jednak nieważne. Szczecinianie zagrali solidne spotkanie, na pewno najlepsze w tym roku. Ani razu nie odkopywali piłki, a posiadanie tracili albo po złej próbie field-goala albo nieudanej czwartej próbie na połowie przeciwnika. Tomasz Martynow wyrósł na niekwestionowanego lidera na pozycji rozgrywającego, czego dowodem jest chociażby blisko 200 zdobytych jardów. Emanował spokojem, nie panikował pod presją i bezbłędnie wykonywał założenia taktyczne swojego trenera, Daniela Wysockiego. Jedynym, który będzie źle wspominał to starcie jest Marek Demski. Jeszcze w pierwszej kwarcie musiał zostać przewieziony do szpitala, gdzie zdiagnozowano u niego złamanie kości strzałkowej oraz naderwane mięśnie. Nie obędzie się bez operacji, przez co bardzo mało prawdopodobne by jeszcze zagrał w tym sezonie. Nie mniej, Husaria odniosła swoje pierwsze zwycięstwo, uwierzyła w swoje umiejętności i w rundzie rewanżowej może być realnym zagrożeniem dla pozostałych rywali.

Poznaniakom ten dzień na pewno na długo pozostanie we wspomnieniach. Choć na przestrzeni rewanżu okazali się lepsi o trzy punkty, to jednak niesmak pozostanie. Za porażkę mogą winić tylko siebie. To drużyna, która zawsze ma duże ambicje i nie znosi przegrywać, szczególnie, w tak dramatycznych okolicznościach, a już drugi raz, zwycięstwo wyślizguje im się z rąk w ostatnich sekundach. Wcześniej doświadczyli tego w Warszawie…

- Dostrzegam pozytywy naszego występu przeciwko Husarii. Byliśmy w stanie przesuwać skutecznie piłkę i konsekwentnie zdobywać pierwsze próby. Czego brakowało - wykończenia akcji. Upuszczone piłki (w tym 3-4 w strefie punktowej), nietrafione bloki, brak skupienia. Te błędy kosztowały nas wygraną. Zarówno sztab szkoleniowy jak i zawodnicy są tego w pełni świadomi. Defensywnie Husaria niczym nas nie zaskoczyła. Nie pokazała niczego nowego czego nie mogliśmy się dowiedzieć z analizy video. Zagrali lepszy mecz niż my, popełnili mniej błędów indywidualnych, dlatego też wygrali. Pomimo porażki cel jest nadal taki sam - mistrzostwo. Zawodnicy wiedzą, że muszą ciężej pracować by sezon skończył się tak jak byśmy tego chcieli. Przegrana pokazała nam nad czym musimy pracować i jakie elementy doszkolić. Mamy jeszcze sporo spotkań do rozegrania w których pokażemy, że idziemy w dobrym kierunku i zasługujemy, aby po ostatnim meczu sezonu otrzymać trofeum. - twierdzi Filip Kłoskowski, koordynator ofensywy Kozłów Poznań.

- Do niedzielnego spotkania byliśmy bardzo dobrze przygotowani teoretycznie i pomimo braków kadrowych jechaliśmy walczyć o zwycięstwo. Największą zasługę w tym zwycięstwie ma cała defensywa, która, jeśli wyeliminuje drobne błędy, będzie bez wątpienia najlepszą w lidze. No i oczywiście Tomek Martynow, który pomimo niewielu treningów, pod nieobecność pozostałych rozgrywających, zagrał fenomenalny mecz i myślę, że będzie pojawiał się na boisku zdecydowanie częściej. Póki co w naszej rywalizacji jest remis i w obu meczach, po zaciętych końcówkach, raz Kozłom a raz nam dopisało szczęście. Pomimo tego, że sezon zaczęliśmy kiepsko to zwycięstwo w Poznaniu na pewno poprawiło morale w drużynie. Cały czas poprawiamy błędy, kluczowi zawodnicy wracają z kontuzji i zawieszeń, więc naszych kolejnych przeciwników czekają ciężkie przeprawy z Husarią. - podsumowuje Roman Łakomiak, trener główny Husarii Szczecin.

Kozły Poznań – Husaria Szczecin 13:17 (0:3; 6:7; 7:0; 0:7)

I kwarta
0:3 – 47-jardowe kopnięcie z pola Macieja Adamiaka

II kwarta
6:3 – przyłożenie Wojciecha Perza po 10-jardowej akcji po podaniu Patryka Barczaka
6:10 – przyłożenie Mateusza Knopa po 10-jardowej akcji po podaniu Tomasza Martynowa (podwyższenie Macieja Adamiaka)

III kwarta
13:10 – przyłożenie Patryka Barczaka po 3-jardowej akcji biegowej (podwyższenie Wojciecha Szymańskiego)

IV kwarta
13:17 – przyłożenie Noah Whittle po 1-jardowej akcji biegowej (podwyższenie Macieja Adamiaka)

MVP meczu: Tomasz Martynow (Husaria Szczecin)

Widzów na meczu: 300

Jakub Kaczmarek
j.kaczmarek@plfa.pl
Biuro Prasowe PLFA

Kto jest faworytem?

Przewidywania kibiców
Twoje przewidywania
DUŻA PRZEWAGA DUŻA PRZEWAGA
37% do 63% (30 głosów)

TABELA

Grupa Północna

p. ZESPÓŁ M Z/P +/- PKT
1. Eagles 4 4/0 58 8
2. Kozły 4 2/2 10 4
3. Monarchs 5 2/3 -43 4
4. Husaria 5 1/4 -25 2

Grupa Południowa

p. ZESPÓŁ M Z/P +/- PKT
1. Mustangs 4 4/0 150 8
2. Steelers 4 2/2 -4 4
3. Hammers 4 2/2 -38 4
4. Tigers 4 0/4 -108 0

Sonda

Komu będziesz kibicował w rozgrywkach PLFA J-8?